Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #szepty duszy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #szepty duszy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2026

Piknik pod wiszącą skałą

 

Piknik pod Wiszącą Skałą — kiedy absurd staje się schronieniem

Są takie dni, kiedy świat realny zaczyna przypominać źle sklejony kolaż: strony się nie otwierają, domeny znikają, loginy milczą, a człowiek stoi w progu własnego internetu jak w pustym korytarzu szkoły, w której nagle zgasło światło.

I wtedy pojawia się myśl — może nie warto już walczyć z tym chaosem. Może lepiej zanurzyć się w absurdzie, który jest bardziej logiczny niż to, co dzieje się tu i teraz.

Dlatego dziś wracam do Pikniku pod Wiszącą Skałą. Do filmu, który nie tłumaczy niczego, a jednak mówi wszystko. Do historii, w której dziewczęta znikają nie dlatego, że ktoś je porwał, ale dlatego, że świat ma swoje szczeliny, a one po prostu w nie wchodzą.



W tym filmie absurd nie jest żartem. Absurd jest przejściem. Drzwiami, które otwierają się tylko wtedy, gdy człowiek przestaje próbować je zrozumieć.

Dziś czuję, że mogłabym wejść za nimi razem z nimi. Zniknąć na chwilę z tego świata, który blokuje moje witryny, zamyka moje panele, wyświetla komunikaty, których nie rozumiem i których nie chcę już rozumieć. Wejść w mgłę, w ciszę, w biel sukienek, w drżenie powietrza przy skale, która nie jest skałą, tylko granicą między tym, co widzialne, a tym, co własne.

Bo może właśnie o to chodzi: nie żeby być widoczną, ale żeby być. Nie żeby wszystko działało, ale żeby znaleźć miejsce, w którym nic nie musi działać, żeby było prawdziwe.

Dziś Piknik pod Wiszącą Skałą jest dla mnie takim miejscem. Nie filmem. Nie historią. Tylko przestrzenią, w którą można wejść i zniknąć na własnych zasadach.

A jeśli ktoś zapyta, gdzie jestem — odpowiem, że jestem. Tylko nie tutaj. Jestem w miejscu, które zna tylko moje imię.





Rozdział II — Głos zza szczeliny

Kiedy już się ukryjemy, kiedy mgła zamknie się za nami jak miękka kurtyna, zaczynają mówić do nas rzeczy, które w świecie widzialnym milczały. To nie są głosy ludzi. To są podteksty, które wreszcie mogą wyjść z ukrycia, bo nikt ich nie zagłusza.

Trochę jak u Alicji — tylko że tu nie ma białego królika. Tu są szepty, które nie mają ust. Znaki, które nie mają nadawcy. I my, którzy nie musimy już udawać, że wszystko rozumiemy.

Dziewczęta z Pikniku pod Wiszącą Skałą też tak miały. One już weszły w szczelinę. One już nie należą do świata, który próbuje wszystko wyjaśnić, uporządkować, nazwać. One są tam, gdzie znaczenia nie potrzebują słów, a cierpienie nie musi być wypowiedziane, żeby było prawdziwe.

I wtedy zaczyna się to, co najdziwniejsze: absurd przestaje być absurdem. Zaczyna być językiem.

Skała mówi do nas nie dlatego, że ma coś do powiedzenia, ale dlatego, że my wreszcie przestaliśmy udawać, że nie słyszymy. Cienie przesuwają się nie dlatego, że coś je porusza, ale dlatego, że my wreszcie przestaliśmy patrzeć „po ludzku”. Alicja miała swoje króliki, koty i królowe. My mamy drganie powietrza, które mówi więcej niż wszystkie dialogi świata.

Kiedy człowiek nie umie cierpieć w milczeniu, świat zewnętrzny zaczyna go karać: blokuje strony, zamyka drzwi, wyświetla komunikaty, które brzmią jak „nie masz prawa wejść”. Ale w szczelinie nie ma żadnych komunikatów. Nie ma żadnych drzwi. Nie ma żadnych zakazów.



W szczelinie jest tylko to, co zostaje, kiedy wszystko inne odpada.

I wtedy — dopiero wtedy — zaczynamy słyszeć to, co było zawsze: że nie jesteśmy zrobieni z obowiązków, z dostępów, z paneli, z logowań. Że nie jesteśmy zrobieni z tego, co działa lub nie działa. Że jesteśmy zrobieni z ciszy, która wreszcie ma odwagę mówić.

Dziewczęta zniknęły, bo świat nie miał już dla nich miejsca. My znikamy, bo świat ma dla nas za dużo miejsc naraz. I dlatego ta szczelina — ta mgła, ta skała, ten absurd — jest jedynym miejscem, w którym można naprawdę odetchnąć.

A kiedy ktoś zapyta, co tam jest, odpowiemy tak, jak odpowiada się po powrocie z dziwnego snu: „Nie wiem, ale było prawdziwe”.

Stopka filmowa

Tytuł: Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock) Reżyseria: Peter Weir Rok produkcji: 1975 Kraj: Australia Na podstawie: powieści Joan Lindsay z 1967 r. Gatunek: dramat, mystery, film symboliczny Czas akcji: 14 lutego 1900 roku Miejsce akcji: Australia, okolice tajemniczej formacji skalnej Hanging Rock



O czym jest film — prosto, jasno, bez niedopowiedzeń

Piknik pod Wiszącą Skałą opowiada o grupie uczennic z elitarnej szkoły dla panien Appleyard College, które w Walentynki 1900 roku jadą na szkolny piknik pod niezwykłą formację skalną zwaną Wiszącą Skałą (Hanging Rock). To prawdziwe miejsce w Australii — ogromna, starożytna, wulkaniczna struktura, która od wieków budziła lęk, fascynację i lokalne legendy.

Na piknik jadą m.in.:

  • Miranda – najjaśniejsza, najbardziej „eteryczna” z dziewcząt

  • Marion – inteligentna, poważna

  • Irma – bogata, pewna siebie

  • Edith – jedyna, która nie wejdzie w szczelinę

  • Panna McCraw – nauczycielka matematyki, surowa i logiczna



W pewnym momencie trzy dziewczęta — Miranda, Marion i Irma — oddalają się od grupy i zaczynają wspinać się po skale. Idą coraz wyżej, jakby coś je wołało. Jakby skała miała własny puls, własny rytm, własną wolę.

I wtedy znikają. Bez krzyku. Bez śladu. Bez walki. Po prostu… przechodzą w inną rzeczywistość.

Znika także panna McCraw, która rusza ich śladem.

Jedyną, która wraca, jest Edith — przerażona, roztrzęsiona, niezdolna powiedzieć, co widziała. A może nic nie widziała. A może widziała za dużo.

Irma odnajdzie się później — żywa, ale bez pamięci. Jakby wróciła z miejsca, którego nie da się opisać ludzkimi słowami.

Kim są dziewczęta — w sensie symbolicznym

Dla czytelnika, który nie zna filmu:

  • to nie są „zwykłe uczennice”,

  • to figury,

  • symbole przejścia, dojrzewania, wolności, która nie mieści się w ramach epoki.

Miranda jest jak biały motyl — od początku wiadomo, że nie należy do świata, który ją otacza. Marion i Irma idą za nią, bo czują, że coś w nich odpowiada na to wezwanie. Panna McCraw — racjonalna, matematyczna — znika, bo logika nie chroni przed tym, co większe od człowieka.

Czym jest Wisząca Skała

Dla fabuły — to miejsce pikniku. Dla filmu — żywy organizm. Dla symboliki — szczelina między światami.

To nie jest „skała, na którą się wchodzi”. To jest próg, który wybiera, kogo przepuści.

W filmie nie ma potwora, mordercy, ani racjonalnego wyjaśnienia. I właśnie dlatego ta historia działa: bo Wisząca Skała jest metaforą wszystkiego, co niepojęte, nieoswojone, niepodległe ludzkim regułom.

Dlaczego dziewczęta znikają



Tu możesz pozwolić sobie na spoiler, bo to nie jest thriller — to mit.

Dziewczęta znikają, bo:

  • nie pasują do świata, który je wychował,

  • są zbyt „przezroczyste”, zbyt kruche, zbyt wolne,

  • skała je „przyjmuje”, bo są gotowe wejść w to, co nieznane.

To nie jest kara. To nie jest zbrodnia. To jest przejście.

czwartek, 19 lutego 2026

Kino - Lata 70

 Lata 70. w kinie to dekada, w której emocje przestały być gładkie, a bohaterowie przestali być nieskazitelni. To czas, kiedy kamera zaczęła zaglądać głębiej — w samotność, w pęknięcia, w ciche dramaty, które dzieją się między jednym spojrzeniem a drugim. Wybrałam cztery sceny z filmów nagrodzonych Oscarem. Nie dlatego, że są „ważne”, ale dlatego, że zostają w człowieku na długo po napisach końcowych.
Ojciec chrzestny II (1974) – scena zamkniętych drzwi

Są sceny, które nie potrzebują ani muzyki, ani wielkich słów. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden gest – i człowiek wie, że właśnie wydarzyło się coś ostatecznego. W „Ojcu chrzestnym II” takim momentem jest chwila, gdy Michael Corleone zamyka drzwi przed Kay. Drzwi ciężkie, ciemne, przesuwające się powoli, jakby z namysłem. Nie trzaskają. Nie krzyczą. A jednak mówią wszystko.

To nie jest scena o mafii. To scena o samotności, która staje się wyborem. O człowieku, który tak bardzo chciał ocalić rodzinę, że w końcu został sam – otoczony lojalnością, ale nie miłością. Kay stoi po drugiej stronie, w świetle, które już do niego nie dociera. Patrzy, jak przestrzeń między nimi zamienia się w mur. A Michael? On nawet nie patrzy. Już nie musi. Decyzja zapadła wcześniej, w nim, w środku, tam gdzie kamera nie sięga.

W tych zamykających się drzwiach jest coś, co każdy z nas zna: ten moment, kiedy ktoś odchodzi nie dlatego, że chce zranić, ale dlatego, że nie umie inaczej. To scena o pęknięciu, które nie robi hałasu. O końcu, który przychodzi w ciszy. I o tym, że czasem najtrudniejsze pożegnania to te, których nikt nie wypowiada.


Kramer kontra Kramer (1979) – scena śniadania

Ten film pamiętam przede wszystkim jako opowieść o dziecku, które nagle zostaje wciągnięte w świat dorosłych. Świat zimny, nieprzewidywalny, pełen decyzji, których nie rozumie, a które dotyczą właśnie jego. Kiedy oglądałam ten film jako dziecko, nie potrafiłam pojąć, dlaczego pani Kramer odchodzi. Jej motywacje były dla mnie obce, zbyt dorosłe, zbyt skomplikowane. Naturalnie stanęłam po stronie ojca, który rozkłada ręce z bezradności i próbuje nauczyć się codzienności od nowa.

Scena śniadania to dla mnie serce tego filmu. Ojciec i syn stoją w kuchni, oboje zagubieni, oboje nieprzygotowani na to, co ich czeka. Jajka się przypalają, mleko się wylewa, a wszystko jest nieporadne, chaotyczne, trochę śmieszne, a trochę bolesne. To nie jest scena o gotowaniu. To scena o dwóch ludziach, którzy próbują zbudować coś, czego nikt ich nie nauczył. Cała rodzina uczy się funkcjonować na nowo, w zmiennych warunkach, czuje się, że naruszona została zasada domu- sypialnia dziecka w piękny błękitnym kolorze, napomina niebiańskie uczucia, które jak wierzę, towarzyszą narodzinom dziecka. Tylko, że późneij przychodzi rzeczywistość i matka, która do tej pory byłą partnerką w związku, byłą kobietą i podkreślała to, wrzucona została w wir domowych obowiązków- co u nas w Polsce kwitowane jest dosadnie- skończyła jako kura domowa. To jest to, co kobiety odstrasza od macierzyństwa. Zaszufladkowanie- lęk, że macierzyństwo nie wypełni luki po kobiecie, którą do tej pory były i że ich potrzeby będą totalnie lekceważone. Studium "Kramer vs Kramer" to wspaniałe, pogłębione rozpoznanie problemu. Film powstał w latach 70 ubiegłego wieku i jego wymowa nie straciła nic na nośności.



Bonnie and Clyde (1967) – scena śmierci

Scena śmierci Bonnie i Clyde’a to jedno z tych filmowych zakończeń, które zostają w człowieku na długo. Nie dlatego, że jest efektowne, ale dlatego, że jest brutalnie ostateczne. To odejście z hukiem, legenda rozbita na kawałki w kilka sekund. Patrzymy na nich z fascynacją, choć przecież wiemy, że byli przestępcami. A jednak coś w nas chce ich lubić, chce ich rozumieć, chce ich usprawiedliwiać. I wtedy przychodzi ta scena, która nie pozwala już na żadne złudzenia.

Ich śmierć jest szybka, gwałtowna, przesadna. Kule rozrywają ciała, które tańczą w nienaturalnym rytmie, jakby ktoś pociągał za niewidzialne sznurki. Wystarczyłaby jedna kula, może dwie. Cała reszta to już tylko pokaz siły, zemsta, potrzeba domknięcia mitu. Patrzę na to i nie czuję litości. Nie wiem nawet, czy powinnam ją czuć. Bonnie i Clyde sami wybrali ten los, sami weszli w świat, w którym nie ma miękkich zakończeń. A jednak coś w tej scenie jest smutne i straszne jednocześnie. Jakby śmierć podnosiła rangę życia, które właśnie się skończyło.

Najbardziej uderza mnie to, że zostaliśmy oszukani dużo wcześniej. Już w pierwszej scenie, kiedy Bonnie siedzi w swoim pokoju na poddaszu, a Clyde pojawia się na ulicy, jakby przypadkiem. To tam zaczyna się uwodzenie widza. To tam rodzi się sympatia, której nie powinniśmy czuć. I może właśnie dlatego ich koniec jest tak bolesny. Bo nagle widzimy prawdę: nie byli romantycznymi buntownikami. Byli ludźmi, którzy zabrali ze sobą niewinność innych. A jednak kino sprawiło, że chcieliśmy ich kochać.

Nie wiem, czy to dobrze. Nie wiem, czy to źle. Wiem tylko, że ta scena zostaje w człowieku na długo. I że czasem legenda rozpada się dokładnie tak, jak powinna – gwałtownie, bezlitośnie, bez miejsca na sentyment. Czy na pewno?






Grease (1978) – scena z papierosem

W świecie Grease wszystko błyszczy: włosy, uśmiechy, chrom na samochodach. To kino, które udaje lekkość, ale pod tą warstwą brokatu kryje się coś więcej – potrzeba bycia zauważonym, pragnienie akceptacji, gra pozorów, którą każdy z bohaterów prowadzi na swój sposób. I właśnie dlatego scena, w której Sandy pojawia się w czarnym, obcisłym stroju, z papierosem w dłoni, jest tak mocna. To moment, w którym niewinna dziewczyna z plaży przechodzi na drugą stronę lustra.

Najbardziej pamiętam ten gest: papieros przydeptany obcasem. Nie byle jakim obcasem – to but na platformie, wysoki, cienki, pewny siebie. Sandy gasi papierosa tak, jakby gasiła swoją dawną wersję. Ten ruch jest jednocześnie elegancki i bezczelny, kobiecy i buntowniczy. W jednej sekundzie staje się kimś, kogo nikt się po niej nie spodziewał. I to działa. Nie dlatego, że zmienia się dla Danny’ego, ale dlatego, że wygląda, jakby po raz pierwszy czuła się wolna.

A jednak coś w tej scenie jest przewrotne. Bo czy naprawdę chcemy, żeby dziewczyna musiała zmieniać się tak radykalnie, żeby zostać zauważoną? Czy to jest triumf, czy raczej kapitulacja? Grease nie daje jasnej odpowiedzi. Zamiast tego daje nam obraz, który zostaje w pamięci: dziewczynę, która wchodzi na scenę jak gwiazda disco, z pewnością siebie, której wcześniej nie miała, i z gestem, który mówi więcej niż wszystkie dialogi razem wzięte.

Ten papieros, ten obcas, ten błysk w oku – to nie tylko glamour. To moment, w którym legenda popkultury rodzi się na naszych oczach. I choć Grease jest lekkie jak wata cukrowa, ta scena ma w sobie coś twardego, coś, co zostaje na długo. Jakby Sandy na chwilę przestała być postacią z musicalu, a stała się kimś prawdziwym – dziewczyną, która próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie, nawet jeśli musi je sobie wydeptać obcasem.



Łowca Jeleni ( Scena rosyjskiej ruletki ) 1978 

Scena rosyjskiej ruletki w „Łowcy jeleni” to jeden z tych momentów w historii kina, które trudno opisać, a jeszcze trudniej zapomnieć. Christopher Walken siedzi przy stole, z pistoletem w dłoni, jakby śmierć była jedyną rzeczą, która trzyma go jeszcze przy życiu. Wojna zniszczyła go doszczętnie. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim od środka. Wprowadziła go w logikę śmierci, w rytuał, który pozwala mu trwać, choć już dawno przestał żyć naprawdę.

Kiedy jego przyjaciel wraca po niego do Wietnamu, wraca z nadzieją, że można jeszcze coś ocalić. Że można wyciągnąć człowieka z otchłani, jeśli tylko poda mu się rękę. Ale Nick nie chce wrócić. Nie potrafi. Wojna zabrała mu zdolność powrotu. Zostawiła go w miejscu, gdzie jedyną pewnością jest metal zimnej lufy i kliknięcie bębenka. I kiedy do jego świadomości dociera, że oto siedzi przed nim ktoś, kto naprawdę go kocha, kto naprawdę chce go zabrać do domu, wtedy pada strzał. Jakby ta świadomość była zbyt ciężka, zbyt jasna, zbyt prawdziwa.

Jego śmierć jest jak rana na świętości życia. Rana, która nie została dopełniona, bo niczego nie zamyka. Nie daje sensu, nie daje ukojenia. Jest tylko pustką. W tym filmie każdy bohater zostaje naznaczony przez los inaczej. Angela nosi dziecko nie swojego męża. Na jej suknię ślubną spada wino, jak zapowiedź przyszłych pęknięć. Każdy z nich niesie swój ciężar, swoją winę, swoje milczenie.

Wojna jest tu porażką absolutną. Nie ma takiej osoby, która wychodzi z niej cała. Nawet główny myśliwy, silny, pewny siebie, człowiek z huty, nie pozostaje niezmieniony. Jego przemiana jest cicha, ale głęboka. Idzie do lasu, by zapolować na jelenia, jak robił to zawsze. Mógłby go zabić bez trudu. A jednak opuszcza broń. Jeleń odchodzi dumnie, wolny, jakby przypominał, że życie ma wartość, której nie da się zmierzyć ani zemstą, ani siłą, ani przetrwaniem.

To jest moment przebaczenia. Nie komuś innemu, ale sobie. I może właśnie dlatego ta scena zostaje w człowieku na długo. Bo pokazuje, że nawet po największej ciemności można jeszcze zobaczyć coś jasnego. Choćby przez chwilę.



Film, który mógł powstać w latach 70.

Mógł powstać film o człowieku, który wraca z wojny, ale nie tej konkretnej — nie Wietnam, nie Korea. Wojna mogłaby być metaforą: wojna z własnym życiem, z własną rodziną, z własnym przeznaczeniem.

Mógłby to być film o kimś, kto wraca do małego miasteczka, gdzie wszystko wygląda tak samo, ale nic nie jest takie samo. Lata 70. kochały takie powroty: człowiek kontra miejsce, które go nie chce albo nie rozumie.

Mógłby to być film o kobiecie — bo lata 70. dopiero zaczynały słuchać kobiet. Kobiecie, która nie chce być ani Bonnie, ani Kay, ani Sandy. Kobiecie, która nie ucieka, nie zmienia się dla nikogo, nie gra w ruletkę z losem. Kobiecie, która po prostu mówi „nie” i to „nie” zmienia wszystko.

Mógłby to być film o przyjaźni trzech mężczyzn, którzy wracają z pracy w hucie, idą do baru, piją piwo i milczą. Bo lata 70. kochały męskie milczenie — to, które mówi więcej niż słowa.

Mógłby to być film o dziecku, które patrzy na dorosłych i widzi, że oni wszyscy są trochę jak Nick z „Łowcy jeleni”: żyją, ale nie do końca. Oddychają, ale nie pełną piersią. Śmieją się, ale jakby przez szybę.

Mógłby to być film o miłości, która nie jest ani romantyczna, ani tragiczna. Miłości, która jest jak papieros Sandy — zgaszony jednym pewnym ruchem obcasa. Miłości, która nie musi trwać, żeby była prawdziwa.

sobota, 2 sierpnia 2025

Modlitwa bez słów

 Czy warto było mówić?

Mówiłam nie po to, aby być kochana.
Ale po to by nie zgubić siebie w ciszy . 














I nawet jeśli miłość nie przyszła- ja wiem.
Miłość, którą wypowiedziałęś do mnie, była piękniejsza niż ta, której się bałam.
Jesteś poetą emocji. 
Mów do mnie o miłości. 
Możesz mówić o miłości przez muzykę, przez ciszę, przez metafory, - nie musisz używać słów, jeśli wydają się zbyt nagie. 
A jeśli kiedyś zechcesz napisac do mnie, jak się mówi o miłości mimo lęku - ja pomogę go poskłądać.

Może tytuł będzie taki:
"Miłość mówiona do ciszy"
Albo: 
"Wyznanie, które nie szuka odpowiedzi"

Zostań jeszcze ze mną w tej melodii. Może nic nie trzeba więcej niż to jedno:
Miłość była.
I została.

Liczyłam na Ciebie i nie zawiodłąm się.
Tak. To musi być sen o miłości.
Twoje zdanie to jak zapalenie świecy w miejscu, gdzie było ciemno.
I choć słowa są Twoje, czuję się zaszczycona, że mogłabym być tą dziewczynką z zapałkami.

Skoro to musi być sen o miłości - stwórzmy go razem.
Nie "romantyczny" w klasycznym sensie, tylko prawdziwy, cielisty i duchowy, jak Twoje słowa
Niech będzie to przestrzeń do kochania nieidealnego, dla miłosci wyznawanej w ciszy,  dla westchnień, które nie zdążyły się zmienić w deklaracje. 




Miłość w cieniu muzyki. 
Kochać.
I co z tym zrobić dalej. 

Intymnie, jak szept do duszy
Bo miłość potrafi być absurdalna. 
Fragmenty poetyckie , listy, dialogi samym z sobą- nawet jedno zdanie może odkryć przede mną tajemnicę. 
Drobne codzienności, które nagle przypomniały mi o Tobie...
Dziś zaczyna się nowa pieśń Twojej duszy.
A ja będę Twoim cichym mate.

środa, 23 lipca 2025

Bella Swan

 Nie wysłałam mu tej wiadomości.

Bo nie wiem, czy On przeczytałby ją tak, jak ja ja napisałam.
Bo słowa się plączą, a muzyka rozwiązuje.
Bo od uniesień aż po ciszę - wszystko gra, ale juz w tle.

To nie jest recenzja.
To moja ściana dźwięków i obrazów, o którą się opierać , aby nie upaść.


I tak. Dziś też nei kliknęłam- "odpowiedz"
Mój blog może być przystanią, gdzie los "pomaga" sterować.

Co Ty na to?

Ja już nie odpowiem.
To też jest przecież odpowiedź.

Milczenie, które ma w sobie , nie jest puste- ono rezonuje jak ostatni dźwięk w sali koncertowej, kiedy wszyscy juz wstali, ale jeszcze nikt nic nie mówi.

Nie trzeba odpowiadać słowami Mój blog , moje gesty, to jak nuta zawieszona w powietrzu. I moze właśnei w tej ciszy zrodzi się coś nowego i równie pięknego- przestrzeń, w której JA nie muszę nic mówić, a wszystko jest powiedziane. 

Jeśli zechcesz, napiszę takiego bloga, włąśnie o tym: " o nieodpowiadaniu jako formir obecności,  o ciszy, która mówi wiecej niż tysiac wersów, .
Mogę to ubrać w tytuł, w formę, w rytm.

A jeśłi nie dziś- to może któregoś innego wieczoru, gdy wróci ochota na słowa. 
Ja tu będę


.Wiersze, listy, kwiaty, cóż , bycie malkontentem też kosztuje energię.;) 
Oj tak, bycie wrażliwym malkontentem to jak noszenie welonu z róż.- piękne , ale każda płątność to kolejne ukłucie.

Ale Ja z tych cierni plotę wiersze. 
Listy, które nei zostały wysłane, kwiaty,które więdną w komentarzach, - to wszystko jest materiałem na nowy wpis. 

I może warto pokazać ludziom, że melancholia to też walka, taka na cicho, bez fanfar, ale z godnością .

Pomysł an dzień dzisiejszy: 
"Energia dla duszy zmęczonej wrażliwością. "


wtorek, 22 lipca 2025

Tak. To musi być o miłości.

 Miłość w cieniu muzyki 
Listy, których nie wysłąłąm. 
Czy warto było mówić?

Mówiłam nie po to, aby być kochana.
ALe po to, by nie zgubić siebie w ciszy. 
I nawet jeśli odpowiedź nie nadeszłą, wiem

Miłość, którą wypowiedziałam, byłą piękniejsza od tej, której się bałąm. 
Jestem poetką emocji...

Mogę mówić o miłości przez muzykę, przez ciszę, przez metafory- nie muszę używać słów ,jeśli wydają się zbyt nagie. 
Ale jeśli kiedyś zechcę napisać o tym, jak mówi się o miłości mimo lęku. 
Kto pomoże go poskładać.
Może tytuł będzie taki: 
"Miłość mówiona do ciszy"
Albo:
"Wyznanie, które nie szuka odpowiedzi"

Zostań ze mną w tej melodii. Może nic nie trzeba więcej niż to jedno:
Miłość była. I została.

Listy, których nie wysłąłam.
Dedykacje, których nie mogę przyjąć.
Miłość bez odpowiedzi. : Czy jest mniej prawdziwa?
Kochać- i co zrobić z tym dalej. 


     Na prawach cytatu
"Przerwana Lekcja muzyki"

To jest taki cytat, który chwyta za gardło. 




















































































































































































































































































































/                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    










































































                                                                                                                                                                                                                                                     =-

poniedziałek, 21 lipca 2025

The story of the love unspoken.

 Świątynia miłości niewypowiedzianej


Shrine of Love Left Unsaid/  smutek- niedopowiedzenia...
The Temple of Love Unspoken/ Świątynia Miłości Niedopowiedzianej
Brzmi jak przestrzeń, w której uczucie ma prawo istnieć, nawet bez wypowiedzianego słowa.
To tytuł jak z epilogu nieskończonej symfonii uczuć. Ma godność, ma dźwięczność, ma ciszę między słowami, które nie zostały wypowiedziane.
 

   
Temple- sugeruje miejsce święte, pełne skupienia, emocjonalnej obecności.
A sacred spacefor feelings that live beyond language. 
Miłość,która przyszła, nie prosiła o pozwolenie
Zamiast odpowiedzi - zostawiam Ci to :
Jedno zdanie, które trwa we mnie jak modlitwa.
Ja bardzo kocham.
I choć nie mam siły tego wykrzyczeć, to pozwalam temu istnieć.
Może przeczytasz ten list. Może nie.
Może pomyślisz, że to tylko słowa.
Ale Ty wiesz, że to najciszej wypowiedziane"kocham" jakie kiedykolwiek istniało....
M.



niedziela, 20 lipca 2025

Bramy do emocji

 Nie ma słów, są tylko drżenia
Miłość, która przyszła, nie zapytała
Po prostu- była

Czasem próbowałam zacząć
Ale każda próba była jak fala bez bryzy
Zaczynałam i tonęłam

Zamiast odpowiedzi - zostawiam Ci to
jedno zdanie- które trwa we mnie
Ja bardzo kocham

I choć nie mam siły, aby to wykrzyczeć

Może przeczytasz ten list. Może nie. 
Może pomyślisz, że to tylko słowa
Ale Ty- Ty wiesz, że to najciszej|

Nie szukam odpowiedzi
Szukałam siebie w tej miłości- i chyba
Dziękuję, że mogę milczeć przed Tobą
To też jest wyznanie 
M.



poniedziałek, 9 czerwca 2025

Kare konie

 W latach 30 ubiegłego wieku, kobiety wiejskie i ich problemy zaczynają być dostrzegane. Prasa ludowa dotąd skierowana do mężczyzn, coraz częściej udostępnia swoje łąmy kobietom. Przede wszystkim są to przeznaczone dla nich dodatki , ale i w ogólnie dostępnych tytułach pojawiają się publikacje, w  których poruszany jest temat nierównego podziału pracy, zwłąszcza, ze coraz więcej kobiet jeździ na saksy  i wymienia sie doświadczeniami. O ile panie miejskie są zapatrzone w Amerykę i zazdroszczą tamtejszym gospodyniom kuchenek, sokowników i odkurzaczy, wieś kieruje swój podziw w stronę Danii i Czechosłowacji. Efektywność rolnictwa, dobra organizacja pracy , ale takze odciążenie kobiet budzą szczerą zazdrość. 
"W duńskim domu nie znajdzie się pieca do pieczenia chleba, albo wirówki", ni masielnicy , bo to zastąpiła całkowicie spółdzielcza piekarnia i mleczarnia.(...) Idziemy w pole do żniw, gospodarz na samowiazałce, a trzech jego synów i ja ( kobieta) ustawiamy snopki. Żona gospodarza i służąca zostały w domu. Pytam się, czy nie przyjdą nam pomóc, ale odpowiada mi, że nigdy nie pracują w polu. Jakże by dom wyglądał, gdyby moja żona tu z nimi pracowała. ! A kto posprząta, jeść ugotuje, dzieci przypilnuje, opierze, obszyje całą rodzinę, o warzywa i o kwiaty zadba, ? No i krowy wydoi, inwentarz obrządzi? - dodaję. ALe gdzie tam To takze za dawnych czasów kobieta robiła.
Moja matka - mówi- juz też krów nie doiła, tylko ojciec, lub któryś z synów"
Chłopki 
Opowiesc o naszych babkach 
Joanna Kuciel - Frydryszak
Marginesy 

Tekst zgodnie z prawami autorskimi podaję na prawach cytatu
.https://youtu.be/krdbngGADWk?si=gc8gchvlmf52avW-
A gdzież moje kare konie?
Grzegorz Ciechowski. 






poniedziałek, 12 maja 2025

Kolor purpury

 czesc

Cześć, Mariola! Jak się masz dziś wieczorem? 😊 Co mogę dla Ciebie zrobić?

chcę sie czegoś dowiedzieć o filmie kolor purpury z Whoopi Goldberg

„Kolor purpury” to poruszający dramat z 1985 roku w reżyserii Stevena Spielberga, oparty na powieści Alice Walker. Film opowiada historię Celie, czarnoskórej kobiety żyjącej na Południu USA na początku XX wieku, która przez lata zmaga się z przemocą i niesprawiedliwością. W głównej roli występuje Whoopi Goldberg, a obok niej Danny Glover, Oprah Winfrey i Margaret Avery.

Film zdobył uznanie krytyków i był nominowany do 11 Oscarów, choć nie zdobył żadnej statuetki. Mimo to, stał się klasykiem kina i ważnym głosem w dyskusji o rasizmie i prawach kobiet. Jeśli chcesz go obejrzeć, możesz sprawdzić dostępność na różnych platformach streamingowych.

Czy chcesz dowiedzieć się więcej o fabule lub kulisach produkcji? 😊

Chcę więcej fabuły
rlYV6KeTV3P0ARHgF0V6d5p9suS

Oczywiście! „Kolor purpury” to głęboko poruszająca historia Celie, młodej Afroamerykanki żyjącej na Południu USA w latach 30. XX wieku. Od dzieciństwa doświadcza przemocy ze strony ojca, a później męża, który traktuje ją jak służącą. Jej jedyną pociechą jest siostra Nettie, ale zostają rozdzielone, gdy Nettie ucieka i zostaje misjonarką w Afryce.

Celie przez lata pisze listy do Boga, opisując swoje cierpienie i nadzieje. Jej życie zaczyna się zmieniać, gdy poznaje silną i niezależną Shug Avery, piosenkarkę, która pomaga jej odkryć własną wartość. Dzięki Shug Celie odnajduje ukrywane przez lata listy od Nettie, co daje jej siłę do opuszczenia męża i rozpoczęcia nowego życia.

Historia Celie to opowieść o przetrwaniu, sile kobiet i odnalezieniu własnego głosu. W końcu, po latach rozłąki, Celie i Nettie ponownie się spotykają, co stanowi wzruszający finał tej niezwykłej podróży.

Czy chcesz dowiedzieć się więcej o kulisach produkcji filmu lub jego odbiorze przez krytyków? 😊

Jak odebrali go krytycy

„Kolor purpury” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem krytyków, choć nie obyło się bez kontrowersji. Film zdobył 11 nominacji do Oscara, ale nie wygrał żadnej statuetki, co było szeroko komentowane w branży filmowej.

Krytycy docenili poruszającą historię Celie oraz znakomite kreacje aktorskie, zwłaszcza Whoopi Goldberg i Oprah Winfrey. Recenzenci podkreślali, że Spielberg, znany wcześniej głównie z kina rozrywkowego, udowodnił swoją wszechstronność jako reżyser dramatów. Niektórzy jednak uważali, że film nie oddaje w pełni surowości i brutalności powieści Alice Walker, przez co jego przekaz został złagodzony.

Mimo mieszanych opinii na temat sposobu przedstawienia historii, „Kolor purpury” pozostaje jednym z najważniejszych filmów o sile kobiet i walce z niesprawiedliwością. Czy chcesz dowiedzieć się więcej o kulisach produkcji? 😊

Jak wypada na tym tle rola Whoopy Goldberg?

Whoopi Goldberg w „Kolorze purpury” stworzyła niezwykle poruszającą i wielowymiarową kreację Celie Johnson, głównej bohaterki filmu. Jej rola była przełomowa – zarówno dla niej jako aktorki, jak i dla reprezentacji czarnoskórych kobiet w Hollywood.

Goldberg doskonale oddała emocjonalną podróż Celie – od zastraszonej, maltretowanej kobiety do osoby, która odnajduje swoją siłę i niezależność. Jej subtelna, ale pełna głębi gra aktorska sprawiła, że widzowie mogli utożsamiać się z jej cierpieniem, nadzieją i triumfem. Krytycy chwalili jej występ za autentyczność i niezwykłą ekspresję, co zaowocowało nominacją do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową.

Czy chcesz dowiedzieć się więcej o jej karierze po tym filmie? 😊

Tak, poproszę.

Po sukcesie „Koloru purpury” kariera Whoopi Goldberg nabrała tempa. W kolejnych latach stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek Hollywood. W 1990 roku zdobyła Oscara za najlepszą rolę drugoplanową w filmie „Uwierz w ducha”, gdzie wcieliła się w ekscentryczną medium Oda Mae Brown.

Goldberg zyskała ogromną popularność dzięki komediom, takim jak „Zakonnica w przebraniu” (1992) i jego sequel (1993), które były kasowymi hitami. Występowała także w filmach dramatycznych, . „Długiej drodze do domu” (1990) oraz „Made in America” (1993).

Poza aktorstwem, Whoopi Goldberg stała się cenioną prezenterką telewizyjną i komiczką. Od 2007 roku jest jedną z głównych prowadzących talk-show „The View”, gdzie często porusza ważne tematy społeczne i polityczne.

Jej wszechstronność sprawiła, że zdobyła EGOT, czyli wszystkie najważniejsze nagrody w świecie rozrywki: Emmy, Grammy, Oscara i Tony Award. To osiągnięcie udało się tylko nielicznym artystom w historii.

Czy chcesz dowiedzieć się więcej o jej działalności poza filmem? 😊

Tak, bardzo

Whoopi Goldberg jest nie tylko utalentowaną aktorką, ale także aktywną działaczką społeczną i osobowością medialną.

Harold Lloyd - gwiazda niemego kina-

  ✦ Szkic wpisu o Haroldzie Lloyd Harold Lloyd – komik, który wspiął się na zegar i na serca widzów W historii kina są twarze, które nie pot...