Charlize Theron i Adwokat
Charlize Theron... to nazwisko od razu przywołuje kilka skojarzeń.
Przede wszystkim jest to południowoafrykańska aktorka, producentka filmowa i laureatka Oscara. Największe uznanie przyniosła jej rola seryjnej morderczyni Aileen Wuornos w filmie Monster (2003), za którą otrzymała Nagrodę Akademii.
Ale gdy słyszę „Charlize Theron”, myślę nie tylko o gwieździe kina. To także symbol niezwykłej przemiany. Jest jedną z tych aktorek, które nie bały się zrezygnować z wizerunku „pięknej blondynki”, aby zagrać postacie trudne, niejednoznaczne, czasem wręcz odpychające. Potrafi być zarówno eteryczna, jak w romantycznych filmach, jak i twarda, niemal wojownicza, jak w Mad Max: Na drodze gniewu.
Jest w niej też coś bardzo interesującego z punktu widzenia kobiecej biografii. Pochodzi z niewielkiego miasteczka w RPA, marzyła o karierze baletowej, później zmieniła ścieżkę życia i trafiła do Hollywood. Jej historia przypomina trochę opowieść o tym, że los nie zawsze prowadzi prostą drogą do celu.
A gdybym miał odpowiedzieć bardziej intuicyjnie, nie encyklopedycznie, powiedziałbym:
Charlize Theron kojarzy mi się z siłą ukrytą pod spokojną powierzchnią. Z kimś, kto potrafi być jednocześnie elegancki i nieustępliwy. Z pustynią, wiatrem i kinem, które nie boi się zadawać trudnych pytań.
„Adwokat diabła” – piękny film o upadku
Są filmy, które zdobywają świat w dniu premiery, a potem powoli znikają z pamięci. Są też takie, które muszą poczekać na swój czas. Do tej drugiej kategorii należy bez wątpienia Adwokat diabła.
W roku premiery uwagę widzów skradł przede wszystkim Titanic. Trudno się temu dziwić. Monumentalna produkcja, wielki rozmach, rekordowa popularność. W cieniu tego sukcesu znalazł się znacznie mroczniejszy i bardziej kameralny film Taylora Hackforda. Dziś jednak, po latach, możemy spojrzeć na niego bez emocji tamtego okresu i dostrzec, jak niezwykłe było to dzieło.
Bo Adwokat diabła nie opowiada o walce dobra ze złem w prosty sposób. To historia człowieka, który przegrywa krok po kroku. Nikt nie popycha go od razu w przepaść. Wystarczy kilka drobnych ustępstw, kilka racjonalnych decyzji, kilka chwil samozadowolenia. A potem okazuje się, że droga powrotna jest już bardzo daleka.
Główną pokusą jest ambicja. Kevin Lomax chce być najlepszy. Chce wygrywać. Chce wspinać się coraz wyżej. Sukces przychodzi łatwo i szybko, dlatego trudno zauważyć moment, w którym przestaje być nagrodą, a staje się pułapką. Film pokazuje coś bardzo uniwersalnego: nie zawsze gubi nas zło, które rozpoznajemy od razu. Czasem gubi nas to, czego pragniemy najbardziej.
Keanu Reeves stworzył jedną ze swoich najbardziej niedocenionych ról. Jego bohater nie jest ani jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły. To człowiek, który stopniowo traci zdolność odróżniania tego, co ważne, od tego, co tylko błyszczy.
Nad wszystkim unosi się jednak demoniczna energia Ala Pacino. Jego John Milton jest
zarazem przerażający i fascynujący. Nie krzyczy od pierwszej sceny, nie straszy rogami ani ogniem piekielnym. Kusi. Przekonuje. Podsuwa argumenty. Właśnie dlatego jest tak skuteczny.
A jednak najbardziej poruszającą rolę stworzyła moim zdaniem Charlize Theron.
To ona ponosi najwyższą cenę za wybory, których sama nie podjęła. Jej Mary Ann przybywa do Nowego Jorku pełna nadziei, miłości i wiary w przyszłość. Z czasem zostaje coraz bardziej samotna. W świecie sukcesu męża nie ma już dla niej miejsca. Jej dramat rozgrywa się niemal po cichu, na marginesie wielkiej kariery Kevina, ale właśnie dlatego boli tak mocno.
Zakochałam się w Charlize Theron już przy pierwszym obejrzeniu tego filmu. Była w niej niezwykła kruchość połączona z siłą. Potrafiła pokazać, jak człowiek może powoli tracić grunt pod nogami, gdy nikt nie chce słuchać jego lęków. To nie był efektowny popis aktorski. To było coś znacznie trudniejszego: cierpienie pokazane z subtelnością i prawdą.
Po latach właśnie jej rola pozostała mi w pamięci najmocniej.
Bo Adwokat diabła jest nie tylko thrillerem i nie tylko opowieścią o szatanie. Jest historią o tym, jak łatwo zgubić samego siebie. O cenie sukcesu. O samotności. O tym, że czasami największe katastrofy dokonują się nie z hukiem, lecz w ciszy.
I może właśnie dlatego ten film tak dobrze znosi upływ czasu. Nie opowiada o piekle gdzieś daleko. Opowiada o piekle, które człowiek potrafi zbudować własnymi wyborami.
A reszta? Cóż... reszta pozostaje pięknym niedopowiedzeniem. Bo najlepsze filmy nie dają wszystkich odpowiedzi. Zostawiają nas z pytaniami, które wracają jeszcze długo po napisach końcowych.Atmosfera zła, która początkowo wydawała się dotyczyć wyłącznie Mary Ann, stopniowo udziela się także Kevinowi. Dopiero po jej śmierci zaczyna rozumieć skalę własnej porażki. Zdobył wszystko, o czym marzył: prestiż, pieniądze, uznanie i pozycję. A jednak odkrywa, że w najważniejszym rachunku życia poniósł klęskę. Nie idzie do Miltona jako zwycięzca. Idzie do niego jak człowiek pokonany.
Wie już, że przegrał.
Konfrontacja z Miltonem nie jest więc zwykłym finałem thrillera. To próba spojrzenia prosto w twarz sile, która odebrała mu żonę, zniszczyła jego życie i wykorzystała wszystkie jego słabości. Kevin wreszcie dostrzega, że prawdziwa walka nie toczyła się na salach sądowych. Toczyła się o jego sumienie.
Przez większość filmu wierzył, że jest panem własnego losu. Dopiero na końcu odkrywa, że każda kolejna wygrana oddalała go od ludzi, których kochał. Im wyżej się wspinał, tym bardziej stawał się samotny. Sukces okazał się jedynie eleganckim opakowaniem dla katastrofy.
Dlatego finał Adwokata diabła ma w sobie tyle siły. Nie jest opowieścią o diable pokonanym przez człowieka. Jest opowieścią o człowieku, który w ostatniej chwili zdobywa się na odwagę, by przyznać przed samym sobą, że pobłądził.
I , im dłużej myślę o tym pomyśle, tym bardziej widzę, że ten tekst nie jest tak naprawdę o diable. Jest o cenie, jaką płacimy, gdy przez zbyt długi czas ignorujemy ludzi, którzy stoją obok nas. Mary Ann staje się niejako barometrem duszy Kevina. Gdy ona gaśnie, widz rozumie, że coś bezpowrotnie umarło również w nim.
A Charlize Theron sprawia, że odczuwamy to niemal fizycznie. Jej bohaterka nie przegrywa jednej dramatycznej bitwy. Ona gaśnie dzień po dniu. I może właśnie dlatego jej rola pozostaje w pamięci tak długo po napisach końcowych. To tragedia opowiedziana szeptem, podczas gdy wokół rozgrywa się spektakl pychy, ambicji i pokusy
dotykamy tu czegoś bardzo ważnego, co często umyka w interpretacjach Adwokata diabła. Mary Ann nie jest bezradną ofiarą ani naiwną dziewczyną, która nie rozumiała świata.
Można to ująć tak:
Dla Mary Ann właściwie nie ma już ratunku, ale nie dlatego, że była słaba czy pozbawiona własnego życia. Wręcz przeciwnie. Zanim wraz z Kevinem przeniosła się do Nowego Jorku, miała swoje ambicje, swoją pracę i własne sukcesy. Nie została w tyle za mężem, nie była zapomnianą kurą domową czekającą na jego powrót z biura. Szła obok niego.
Zgodziła się na przeprowadzkę, na nowy rozdział życia i na jego błyskawiczną karierę, ponieważ wierzyła, że właśnie tak wygląda szczęście. Wierzyła w ich wspólny sukces. Wierzyła, że zdobywają świat razem.
Tym bardziej przejmujący jest jej los. Mary Ann nie przegrywa dlatego, że popełniła jakiś błąd. Przegrywa dlatego, że znalazła się w świecie, w którym nie ma już miejsca na zwyczajne ludzkie potrzeby, bliskość i miłość. Kevin coraz bardziej należy do swojej kariery, a coraz mniej do ludzi, których kocha.
Tragizm tej postaci polega na tym, że ona jako pierwsza dostrzega fałsz otaczającej rzeczywistości. Widzi, że coś jest nie tak. Widzi to wcześniej niż Kevin. Kiedy mówi o swoim strachu, o samotności i o tym, że dzieje się wokół niej coś niepokojącego, nikt jej nie wierzy. W świecie ludzi opętanych sukcesem prawda brzmi jak szaleństwo.
Dlatego historia Mary Ann jest może nawet smutniejsza od historii Kevina. On otrzymuje jeszcze szansę na konfrontację z Miltonem i z samym sobą. Ona nie dostaje już takiej możliwości. Płaci najwyższą cenę za grzechy, których sama nie popełniła.
To właśnie dlatego rola Charlize Theron jest tak poruszająca. Nie gra kobiety słabe
j. Gra kobietę, która została opuszczona emocjonalnie przez człowieka, którego kochała. A to jest znacznie bardziej tragiczne. Jej dramat nie zaczyna się od diabła. Zaczyna się od samotności. I może dlatego po latach jej postać boli bardziej niż wszystkie piekielne efekty specjalne







Komentarze
Prześlij komentarz