Sportowe "zwierzę"
Sportowe Życie ( This Sporting Life) 1963- Lindsay Anderson 1923-1994
Film Lindsaya Andersona dopiero po latach uznano za jeden z najważniejszych filmów brytyjskich młodych gniewnych lat 60
Północna Anglia , lata 60. ubiegłego wieku. Młody, ubogi górnik Frank Machin ( Richard Harris )
Pragnie wyrwać się z otaczającej go nędzy. Dzięki ambicjom, twardemu charakterowi i talentowi zostaje zawodowym graczem rugby, a wkrótce gwiazdą lokalnej drużyny, którą prowadzi miejscowy bogacz Gerald Weaver ( Alan Badel)
Frank osiąga swój cel – zdobywa pieniądze i sławę.
Wtedy jednak okazuje się, że to nie wszystko , czego potrzeba do szczęścia . Frank zakochał się bowiem w Pani Hammond (Rachel Roberts), której mąż zginął w wypadku w fabryce Weavera.
Richard Harris to idealny odtwórca roli Franka Machina, górnika i przedstawiciela klasy robotniczej, który stał się gwiazdą ligi rugby. Harris był nie tylko profesjonalnym rugbistą, który wśród prawdziwych zawodowców z klubu Wakefield Trinity z Yorkshire czuł się jak w domu, ale też w pewien sposób budził w innych lęk, posiadając przy tym zdolność do autorefleksji.
Anderson -sztandarowy twórca ruchu Free Cinema( tj wolne kino) i jeden z najbardziej zagorzałych polemistów brytyjskiej kultury filmowej w latach 50-tych - zadebiutował w branży w wieku 40 lat. Jego zaintresowanie powieścią Dawida Storeya mniej wynikało z zaciekawienia poruszaną w niej tematyką północnych regionów kraju i subkultury ligi rugby , a bardziej wiązało sie z postacią Machina. Zaintrygował go fakt, że tego brutalnego mężczyznę w typie macho rónież cechowała "wielka wrodzona wrazliwość oraz potrzeba miłości, których nie był świadomy.
Film jest jednak w równj mierze miłosną opowieścią, jak i dramatem o niespokojnej i buntowniczej gwieździe sportu. ANderson wplata czułość i liryzm do na pozór skrajnie brutalnej historii.
To jest film o człowieku, który nagle — siedząc na fotelu dentystycznym — zaczyna widzieć swoje życie tak, jak widzi się je tylko wtedy, gdy ból otwiera pamięć.
Frank Machin, wielki, silny, brutalny, nagle staje się mały. Nie fizycznie — wewnętrznie. Bo pamięć nie pyta o zgodę. Pamięć wraca, kiedy chce. Wraca twarzami ludzi, których już nie ma. Wraca historiami, które miały być zapomniane. Wraca czasem, który przepłynął przez palce jak woda — i teraz pytanie brzmi: co zostało?
Odpowiedzieć „nic” byłoby okrucieństwem. Okrucieństwem większym niż przemoc, która wlewa się drzwiami i oknami do wszystkich możliwych miejsc w domu. Bo w człowieku zawsze coś zostaje. Choćby ślad. Choćby ból. Choćby echo.
„Sportowe życie” to film o tym, że człowiek może być silny jak zwierzę, a jednocześnie kruchy jak dziecko. O tym, że gniew jest czasem jedynym językiem, jakim potrafimy mówić. O tym, że miłość nie zawsze przychodzi w porę. O tym, że wspomnienia nie układają się w logiczną historię — tylko wracają jak błyski, jak odłamki, jak dziecięce obrazy, które nie wiadomo kiedy i dlaczego zostają w człowieku na zawsze.
To film, który nie daje odpowiedzi. Ale zadaje pytania, które zostają w widzu długo po napisach końcowych.
I dlatego warto go obejrzeć. Nie dla fabuły. Nie dla rugby. Nie dla epoki.
Tylko dla tego momentu, kiedy człowiek siedzi w ciemności i nagle czuje, że coś w nim drgnęło. Że coś się otworzyło. Że coś wróciło.
Bo kino — to prawdziwe, surowe, nieupiększone — działa właśnie tak. Nie opowiada historii.

Komentarze
Prześlij komentarz